Brzuchu precz

Gruby facet, grubsza sprawa

Stało się. Spasłem się jak świnia, a właściwie bardziej pasuje tu określenie spasłem się jak wieprz, bo jestem, bez wątpienia, rodzaju męskiego. Oczywiście nie było tu żadnej czarnej magii w stylu tej o jakiej możemy poczytać w jednym z opowiadań mojego ulubionego autora Stephena Kinga – Chudy. Nie naraziłem się zatem żadnej cygance, która rzuciła na mnie klątwę (tylko o odwrotnym skutku niż w wyżej wspomnianym opowiadaniu) sprawiającą, że w ciągu tygodnia zmieniłem się z pięknego i smukłego lekkoatlety w potworne 110 kilogramową bestię, polującą nocą w okolicach lodówki na piwo i coś na ząb.

Tak, tak moi drodzy, jeszcze na studiach i chwilę po dyplomie uprawiałem jedną z dyscyplin należących do królowej sportu – byłem biegaczem na dystansie 800 m. Pewnie łatwo możecie sobie wyobrazić, że taka dyscyplina wymusza od uprawiających ją osób spełnianie określonych parametrów fizycznych, z których bardzo ważna jest niska waga. Masa nie biega, więc dzięki treningom udało mi się utrzymywać całkiem niezłą sylwetkę (w sensie, szczupłą). Niestety nie miałem wystarczającego talentu i wyników co spowodowało, że krótko po studiach zarzuciłem treningi i poświęciłem się w pełni rodzinie i aktywności zawodowej. Praca oczywiście przy biurku i za kółkiem, co w żadnym wypadku nie sprzyjało trzymaniu formy. Zarzuciłem również sportową dietę i na efekty tych działań nie trzeba było zbyt długo czekać. W kilka lat ewoluowałem z około 60 kg biegacza w tak zwany kawał chłopa (obecnie moja waga oscyluje w granicach 110 kg!). Przez dłuższy czas nie widziałem w tym nic specjalnie zdrożnego, bo który tatusiek nie ma brzucha, ale kiedy zacząłem dostawać zadyszki przy wiązaniu sznurowadeł postanowiłem coś z tym zrobić.

slimming-1136637_960_720.png

Nie chcę się oczywiście żalić na tym blogu, ale "zrobienie czegoś" w kierunku odchudzania wcale nie było takie proste. Wiadomo człowiek nigdy nie ma czasu i obraca się codziennej rutynie, którą bardzo ciężko przezwyciężyć. Mi wystartowanie z moim programem odchudzania zajęło prawie miesiąc. Był to czas jaki upłynął od momentu podjęcia decyzji do pierwszej wizyty na siłowni. Trwało to długo, ale w końcu ruszyło.

Mam już karnet na 6 miesięcy, plan diety, buty, ubranie itd. Wybrałem ćwiczenia na siłowni, bo z moją obecną masą raczej nie poradziłbym sobie biegając (obawiam się, że konieczna byłaby interwencja karetki pogotowia).

Pierwszy trening za mną. Ogólnie rozpacz jeżeli chodzi o wytrzymałość (zadyszki dostałem już w szatni), ale muszę się pochwalić, że jestem zaskoczony moją siłą. Herkules ze mnie żaden, jednak wyciskałem dziś 80 kg osiem razy (jest to wynik, o jaki nigdy bym się podejrzewał). Oprócz klasycznego treningu na ciężarze wykonałem też 15 min aerobów na koniec (chodzenie po bieżni). Ledwo żyję, ale jestem szczęśliwy... cdn.